nauczyciele tajne nauczanie dlaczego? pamiętamy artykuły prezentacja projekt

Zasady konspiracji - wskazówki praktyczne tajnego nauczania

I. Dobór mieszkań:
  1. unikać mieszkań narażonych na obserwacje policji dla jakichś innych względów
  2. wybierać mieszkania ludzi znanych i pewnych
  3. wybierać mieszkania w kamienicach dużych, ruchliwych, najlepiej o dwóch bramach
  4. od czasu do czasu mieszkanie zmienić
  5. nie wybierać mieszkań, w których odbywa się już jakiś komplet
  6. lekcje nie powinny odbywać się w mieszkaniu nauczyciela
II. Zachowanie się młodzieży
  1. O ile możności nie nosić książek ani zbędnych zeszytów
  2. Konieczne książki i przybory szkolne nosić zawinięte w gazetę lub w koszyczkach używanych do zakupów na targu
  3. Nie chodzić grupami, nie rozmawiać o nauce w kompletach, nie hałasować na schodach i w podwórzu
  4. nie wtajemniczać służby ani osób dalszych o pracy na kompletach
  5. nie nosić przy sobie żadnych pism nielegalnych
  6. rozkładu lekcji i adresów nauczyć się na pamięć, aby nie mieć ani u siebie w domu ani podczas lekcji żadnej listy z nazwiskami kolegów lub nauczycieli czy ich adresów
  7. w razie konieczności wspólnej nauki lub potrzeby pożyczenia podręcznika czy zeszytu nie załatwiać tych rzeczy przez telefon, ale udać się do najbliżej mieszkającego kolegi i porozumieć się z nim w sposób nie zwracający uwagi
III. Wskazówki dotyczące nauczyciela
  1. nie spóźniać się na oznaczoną godzinę i bez konieczności nie przedłużać lekcji
  2. nie nosić spisu uczniów i nie sprawdzać obecności, a ocenę z odpowiedzi zanotować w domu
  3. nie nosić nigdy na lekcję pism nielegalnych
  4. przygotować z uczniami fikcyjny temat rozmowy lub zajęcia praktyczne na wypadek wkroczenia policji (chłopcy mają uczyć się introligatorstwa, zajmować się porządkowaniem książek lub bawić się filatelistyką, dziewczęta uczyć się robót szydełkowych, szycia, itp.)
  5. każdy nauczyciel musi być opiekunem dwu lub więcej grup kompletowych, wybrać sobie z pośród młodzieży łączników każdej grupy, utrzymywać kontakt z rodzicami, a zwłaszcza z tymi, którzy ofiarowali mieszkanie
  6. wdrażać uczniów do rozumnej konspiracji i przygotować do zajęcia godnej postawy, gdyby miało miejsce niepowodzenie

Tajne nauczanie w Bydgoszczy podczas II wojny światowej
[czytaj więcej artykułów]

Henryk Kulpiński

Tajne nauczanie podczas okupacji w Bydgoszczy

Na spotkaniu, z najwyższymi dowódcami Wermachtu w dniu 22 sierpnia 1939 r. w Obersalzberg, które miało zakończyć przygotowanie do napaści Niemiec na nasz kraj, Hitler między innymi tak się wyraził: "Nie miejcie litości i bądźcie brutalni!"...

To niedwuznaczne polecenie Führera - stosowania mordu na ludności polskiej, było konsekwentnie realizowane przez wojska okupacyjne i miejscowych volksdeutschów w Bydgoszczy, od dnia 9 września 1939 r., tj. na czwarty dzień po wtargnięciu Wermachtu do miasta. Był to krwawy odwet za tak zwaną "krwawą niedzielę" w której, według oświadczenia specjalnej niemieckiej komisji zginęło 103 Niemców. Łapano i zabijano Polaków bez winy i sądu, na ulicach, placach i wszędzie tam, gdzie doszło do spotkania z mordercami.

Podczas, gdy w rozszalałej akcji zginęło w Bydgoszczy, nazywanej przez okupantów "miastem karnym", więcej osób aniżeli w pozostałych miastach okupowanych, wspaniałe i odważne miejscowe harcerki z przedwojennego kręgu instruktorskiego podejmują z największym poświęceniem pod koniec 1939 r. walkę z krwawym okupantem o duszę i świadomość polskiej młodzieży. Maria Biegunówna, Kazimiera Bogusławska, Maria Brzeska, Maria Burska, Elżbieta Jaworska, Waleria Felchnerowska, Kazimiera Rogińska, Wici Śmigielska i Zofia Moroz - członkinie "Szarych Szeregów", zakładają tajne polskie szkolnictwo, obok już istniejącej przymusowej niemieckiej szkoły. Należy tutaj dodać, iż przedwojenni polscy nauczyciele, którzy zostali prawie wszyscy schwytani przez hitlerowców, zginęli w bestialski sposób zmordowani w Dolinie Śmierci.

Po klęsce Francji w czerwcu 1940 r., kiedy zmniejszyły się nadzieję na szybki brzask wolności, następuje dalszy wzrost kompletów nauczania, do około 50 i są one nadzorowane nawet przez łączników Delegatury Rządu i Komendy Głównej AK w Warszawie. Początkowa działalność miała charakter wychowawczy i zaczęła się od organizowania zastępów, a w nich pracy wychowawczej, według wspólnie opracowanego programu. Tworzono grupy dzieci, którym celowo nadawano nazwy.
Np. grupa "Tęczowy Dom" opracowała swój program pracy według barw tęczy, w którym każdy kolor określał inne działanie. Dla przykładu: kolor czerwony, symbolizujący miłość, był podstawą do rozwijana miłości ojczyzny. Ćwiczono także inne cechy osobowe i sprawności, stosowano w pracy naukę wierszy oraz wycieczki poza miasto. Później rozszerzano tę działalność o program oświatowy - nauczanie.

Harcerki nie korzystały z żadnej pomocy. Brak książek polskich zastępowały zeszyciki, przepisywane na maszynie i ręcznie ilustrowane. Wykonywano również zabawki dla dzieci, aby te nie sięgały po niemieckie. Na zeszytach umieszczano nazwiska, imiona i stare daty rodzeństwa, które do wybuchu wojny uczęszczały do szkoły. Posługiwano się również i to wyjątkowo ostrożnie, lekturą ze zbiorów bibliotecznych uratowanych przed zagładą.

Pierwsze zajęcia przeznaczone były na "naukę konspiracji", tj. pouczeniu o zachowaniu ostrożności, w drodze na naukę i powrót z niej, sposób ukrywania przyborów szkolnych, nie ujawniania tajnego nauczania oraz postępowania w wypadku niespodziewanego wejścia do pomieszczenia osoby obcej. Zespół uczniów tajnego nauczania liczył na ogół kilkoro dzieci w różnym wieku i o różnym przygotowaniu. Okoliczności te zmuszały do nauczania indywidualnego. Liczbę uczniów ograniczał lokal - mieszkanie rodziców lub nauczyciela oraz względy bezpieczeństwa, które nakazywały niezbyt częste spotkania. Nauczanie odbywało się pod pozorem nauki niemieckiego, do czego przed rozpoczęciem właściwej nauki było wszystko przygotowane, zaś w przypadku wejścia osoby nieporządnej znikały natychmiast przybory, które mogłyby zdekonspirować naukę. Wykluczało to tym samym jakiekolwiek zaskoczenie. Środki te okazały się skuteczne, gdyż tylko dwie nauczycielki i to w innym okolicznościach zostały ujawnione przez gestapo, poza miejscem nauczania.

Istnienie tajnego nauczania nie było dla okupanta tajemnicą. Świadczą o tym uwagi zawarte w tajnych meldunkach władz okupacyjnych przesyłanych do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rzeszy w Berlinie.
  • Bydgoski oddział komendy operacyjnej służby bezpieczeństwa z dnia 26.09.1939 r. sygnalizuje, że Polacy wskutek nowych przepisów szkolnych, chcą drogą nauczania domowego wychowywać swoje dzieci na dobrych Polaków.

  • Ten sam oddział w innym sprawozdaniu pisze: Jest godne uwagi, że uczniowie polscy, jak to często można zauważyć zachowują się w stosunku do nauczycieli niemieckich dziwnie powściągliwie i ostrożnie. Zdaniem nauczycieli niemieckich postawę tę należy przypisać niewątpliwie wpływowi na dzieci polskich sił nauczycielskich.

  • Prezydent Rejencji Bydgoskiej dnia 13.06.1941 r. donosi, iż część dzieci polskich podczas omawiania sukcesów wojskowych rzeszy, zachowuje się biernie i gestami daje do zrozumienia, że nauczycielom nie wierzą. Dzieci jeśli są same rozmawiają tylko po polsku. Zdarza się nawet, że za to, że mówią po niemiecku - są bici przez swoich kolegów. W jednej ze szkół stwierdzono, że dzieciom udziela się bezpłatnie nauki języka polskiego i zaopatruje się z pewnej strony w zeszyty. Jest to z pewnością zasługa polskich matek i nielicznych duchownych.
Ten sam prezydent doniósł rok później o fiasku polityki germanizacyjnej - opierając się na sprawozdaniu nadburmistrza Bydgoszczy Kampego, tak pisze: "Ostatnio przyjęte do szkoły dzieci polskie posiadają tylko niewielką znajomość języka niemieckiego, mniejszą aniżeli przyjęci w roku poprzednim".

Dla badacza tych pięknych epizodów z okresu okupacji hitlerowskiej i dla tych nielicznych uczestników tajnej polskiej szkoły, którzy wyrazili zgodę na ujawnienie ich, było to wielkie przeżycie intelektualne i emocjonalne, o których z zasłużoną dumą wspominali. Odniesione przez nich zwycięstwo moralne posiada wysoką wartość regionalną i wskazuje cenę uzyskanej wolności i używania pięknego języka ojczystego.

Na ilustracji:
świadectwo ukończenia VI klasy szkoły powszechnej wystawione przez Zofię Moroz i Kazimierę Bogusławską




Janina Skibińska

"Najtrudniejsza lekcja. Wspomnienia nauczycieli Ziemi Bydgoskiej z lat 1939-1945" Nasza Księgarnia, Warszawa 1974

Do wybuchu drugiej wojny światowej mieszkałam i pracowałam jako nauczycielka w Gdyni. Po zajęciu Gdyni mąż mój został internowany, a ja z czteroletnim dzieckiem zostałam wysiedlona 15 października 1939 r. do miejsca urodzenia męża, to jest do Więsławic w powiecie Włocławek. Tu spędziłam całą okupację, mieszkając za wsią, w jednej maleńkiej izdebce.

Już w styczniu 1940 r. przybyła do mnie ze wsi jedna z matek prosząc, abym uczyła jej syna. Bez zastanawiania się kazałam chłopcu przychodzić na lekcje. Sąsiedzi dowiedziawszy się, że uczę, zaczęli przysyłać więcej dzieci. Wiedziałam, czym grozi nauczanie po polsku, ale nie chciałam o tym pamiętać. Cieszyłam się, że jestem potrzebna, że dzieci, choć potajemnie i w trudnych warunkach, uczą się. Radość moja nie trwała jednak długo.

Było to latem. Pewnego dnia rozeszła się wiadomość, że we Włocławku aresztowano nauczycielkę, która potajemnie nauczała. Groziła jej kara śmierci. Gospodarz, u którego mieszkałam, nie pozwalał, by dzieci przychodziły do mnie na naukę. Groził nawet donosem do żandarmerii. W tej sytuacji powiedziałam dzieciom, że to ja będę przychodziła do ich domów na lekcje. Następnego dnia w porozumieniu z rodzicami zaplanowałam, że będę uczyć po 4 dzieci w jednym mieszkaniu. Takich domów miałam trzy i prócz tego nadal uczyłam mojego synka i razem z nim jeszcze 2 chłopców. Tak wyglądało nauczanie tajne niezorganizowane.

We wsi, w której mieszkałam, osiedlono Niemców. Gospodarstwa polskie łączono po dwa w jedno, a prawowitych właścicieli zmuszano do pracy w charakterze robotników rolnych. Ja również musiałam odrabiać - za mieszkanie. Zbierałam za kopaczką ziemniaki. Niemieckich osadników bano się. Interesowali się każdym Polakiem i jego zajęciami. Często oglądali do polskich domów i kontrolowali, czy ich mieszkańcy nie używają pełnego mleka lub masła. Wracającym z miasta kobietom zaglądali do koszyków w poszukiwaniu nielegalnie nabytych towarów. I tak upływał rok za rokiem.

Chodziłam codziennie 2-3 km do wsi Strzały i Dziardonice. Gdy była pogoda, zabierałam syna z sobą. W czasie niepogody zostawiałam go w domu samego na kilka godzin. Zbierało się tam na naukę 4-6 dzieci w jednym domu. Uczyłam bez programu, z takich książek, jakie dzieci posiadały. Uczyłam jednak z zadowoleniem, nie pamiętając o grożącym mi niebezpieczeństwie. Dzieci były bardzo pilne i robiły znaczne postępy w nauce. Gospodynie najczęściej nie szły w czasie lekcji do pracy w polu, by czuwać i obserwować, czy nie zbliża się jakiś Niemiec lub żandarm.

Kiedyś w czasie żniw wszyscy dorośli byli w polu, a ja siedziałam przy stole z dziećmi, które pisały ćwiczenie. Nikt nie zauważył, jak nagle w progu pokoju stanął Niemiec. Spostrzegłszy go, zaniemówiłam ze strachu, a po chwili zaczęłam mówić, że przyglądam się zabawie dzieci. On na to powiedział po polsku: "Wiem, że pani była nauczycielką, ale nie chcę pani szkodzić". Powiedziawszy to, wyszedł. Byłam tak zdenerwowana, że nie mogłam prowadzić lekcji. Jednak następnego dnia znów poszłam uczyć, tyle że do innego domu.

Ludzie ostrzegali mnie, abym zachowywała większą ostrożność, ale ja miałam coraz więcej zapału, żyłam nadzieją na rychły koniec wojny i powrót do polskiej szkoły.

Jeden dzień w tygodniu nie uczyłam, ponieważ chodziłam do odległego o 5 km Kowala po żywność na kartki. Pieniądze przysyłał mi przebywający na przymusowych robotach w Rzeszy mąż. Wynagrodzenie za naukę nie było umowne. Od rodziców nie przyjęłam ani jednej marki. Starano się więc wynagradzać mnie w naturze: dostawałam mleko, chleb, mięso, słoninę, czasem trochę cukru. Wszystko to ukrywałam w kieszeniach i rękawach. Gdy wracałam do domu, lękałam się, by nie spotkać żandarmów. Bałam się także trzymać zapasy w mieszkaniu ze względu na częste rewizje.

Pewnego razu sąsiedzi ostrzegli mnie, że we wsi żandarmi przeprowadzają rewizję. Zabierali kożuchy i futra, a ponadto aresztowali właścicieli polskich książek. I tak zmuszona byłam, spalić kilkanaście książek i ścienną mapę Polski. Futro swoje i męża ukryłam w stogu słomy. Żandarmi weszli do mojej izdebki, popatrzyli i zapytali o futra oraz książki. Pokazałam im książeczkę do nabożeństwa, ale jej nie zabrali i poszli dalej. W zimie jednak nie mogłam chodzić w futrze, gdyż zostałoby skonfiskowane.

Któregoś dnia wracałam z synkiem z lekcji, niosąc w ukryciu ćwiartkę śmietany i trzy jajka. Nagle zobaczyłam z odległości 20 m żandarmów. Zdążyłam powiedzieć do synka: "Nie bój się, powiedz im głośno dzień dobry". Doszliśmy do nich, pozdrowiliśmy ich, na co odpowiedzieli nie zatrzymując nas. Byłam przerażona. Zdawałam sobie sprawę, co by mnie czekało, gdyby znaleźli u mnie śmietanę i jajka. Przecież nam - Polakom - nie było wolno nawet pić pełnego mleka, nie mówiąc już o używaniu śmietany czy jajek. Zmieniałam więc często drogę, by możliwie unikać spotkań z patrolami żandarmerii. Najbezpieczniej było chodzić w okresie przedżniwnym, gdy zboża były wysokie. Chodziłam wówczas miedzami.

Rodzice wiedzieli, na co narażam się ucząc ich dzieci. Jak mogli, tak okazywali mi wdzięczność. W zimie troszczyli się o opał, przywozili mi drewno, torf, a nawet trochę węgla. Ta opieka ze strony rodziców dodawała mi odwagi. W rozmowach z ludźmi zawsze słyszało się coś pocieszającego: wiadomości o niepowodzeniach wojennych Niemiec, o działalności partyzanckiej, zapewnienia o zbliżającym się szybko dniu wyzwolenia.

4 stycznia 1945 r. dowiedziałam się, że wojska radzieckie i polskie są już na Pradze - w Warszawie. Zakończyłam wtedy swoje wędrówki od domu do domu, wiedząc, że już niedługo będę uczyła jawnie w szkole. W szkole polskiej, w której uczyłam od 1924 r. Nadzieje moje spełniły się bardzo prędko: w początkach lutego 1945 r. na prośbę rodziców zorganizowałam w Więsławicach szkołę, a 10 lutego rozpoczęłam naukę obejmując nią 117 dzieci.

[do góry]
[początek tekstu]



Artykuły:

Ludwik Bandura
Siłaczki bydgoskie

Franciszek Pobereszko
Wspomnienia nauczyciela

Janina Skibińska
Wspomnienia nauczycielki

[do góry]


© Katarzyna Gwincińska 2009-2016. All Rights Reserved

gir@ffe